31 października 2016

[KSIĄŻKA] MARTA ELIZA ORZESZKOWA



Dawne czasy mają zawsze urok wielki dla tych, którym nowe nie przyniosły nic prócz łez i boleści.*

Elizę Orzeszkową, przedstawicielkę pozytywizmu, znaczna większość czytelników kojarzy z innej lektury – Nad Niemnem (albo z Gloria Victis). Nie zdziwiłabym się, gdybyście jednak przeczytali coś innego, w końcu napisała kilkadziesiąt tekstów. Zapewne nie wspominacie ich najlepiej, dlatego ja dzisiaj postaram się zatrzeć niemiłe wspomnienia. W Marcie nie znajdziecie nużących opisów przyrody. To zupełnie inny typ powieści, a to wszystko głównie dlatego, że ten utwór od Nad Niemnem dzieli aż piętnaście lat.

Marta nie jest najpierwszym dziełem Orzeszkowej, ale należy do początkowego etapu jej twórczości, kiedy to kształtowała ona swe pozytywistyczne poglądy. Warto zaznaczyć, że książka ta jest pierwszą powieścią, która wyszła wkrótce po artykule Kilka słów nad powieścią tejże autorki. W przeciwieństwie do późniejszych utworów, Marta jest powieścią tendencyjną, czyli moralizatorską. Autorka nie unika wyrażania własnych opinii. Pojawiają się komentarze odautorskie i oceny narracyjne. Stara się dostarczyć czytelnikowi słusznych, według niej, postaw. A motywem przewodnim tej powieści była emancypacja kobiet i nikt nie ma co do tego wątpliwości. Orzeszkowa pokazuje, z jakimi problemami borykały się kobiety, które nie zostały wcześniej przygotowane do życia.

Wrażenie chwili jest jedyną mocą silnie działającą na organizacje dziecięce. Przyszłość nie istnieje dla ich myśli, przeszłość zaciera się szybko w ich pamięci. Dzień wczorajszy jest już dla dziecka odległą przeszłością, to, co było, działo się lub stało się przed kilku dniami, znika i rozlewa się przed ich oczami w mgle zapomnienia.*

Gdybym miała przedstawiać fabułę tej książki przypadkowym osobom, posłużyłabym się alegorią do współczesnych studentów. Niektórzy ledwo zaczną studia, a już muszą szukać pracy. Tylko kto im tę pracę da? Są bez wykształcenia i ledwo osiągnęli pełnoletniość, a do tego ich czas jest mocno ograniczony. Tym, którzy mają licencjat lub magistra, wcale nie jest łatwiej – to wciąż nie jest takie wykształcenie, jakiego na danym stanowisku potrzeba. Główna bohaterka powieści Orzeszkowej, tytułowa Marta, znajduje się w jeszcze gorszej sytuacji. W przeciwieństwie do studentów wychowywała się w rodzinie, która uważała, że kobiety nie są od tego, aby ciężko pracować. Wszystko, za co się zabierały, robiły z przyjemności. Uczyły się języków, gry na instrumentach… Nawet jeżeli pobierały lekcje nauk ścisłych, to edukację kończyły po opanowaniu (lub też nie) podstaw. Na pewno nie pomogłoby im to w sytuacji, gdyby zostały same. Ale kto wówczas się tym przejmował?
Akcja powieści toczy się kilka(naście) lat po powstaniu styczniowym, dlatego też sytuacja w kraju nie należy do najlepszych, a niektóre kobiety zostają brutalnie uświadomione, że luksusy nie są wiecznie, jeżeli się na nie samemu nie zapracuje. Wielu mężczyzn poległo, wielu straciło majątki z powodu swoich powiązań z powstaniem. Wielu wróciło też niezdolnych do pracy, a było powszechnie wiadomo, że wtedy jedynie oni mogli utrzymywać rodzinę. Dla kobiet pracy nie było.
Właśnie w takich czasach przyszło żyć Marcie, młodej kobiecie, która w swoim życiu przeszła wiele. Wychowywała się zamożnej rodzinie, która nie dbała o jej wykształcenie. Uważali, że zapewnią jej dobry byt, dopóki nie znajdzie męża. Najpierw, gdy miała zaledwie szesnaście lat, straciła matkę, a potem na zdrowiu podupadł jej ojciec, możliwe że z powodu utraty majątku. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zdaje się fakt, że krótko przed jego śmiercią Marta znalazła męża, który był dobrze zarabiającym i pracowitym urzędnikiem. Wtedy to właśnie on uchronił ją przed trafieniem na bruk. Ile jednak może trwać takie szczęście? Nikogo raczej nie zdziwi, że kobieta traci wkrótce i to. W tej chwili całe życie Marty zaczyna się walić. Wcześniej większość pieniędzy przeznaczyła na leczenie męża, potem na pogrzeb. Jak łatwo się domyślić – wiele jej nie zostało. Nigdy nie oszczędzali na czarną godzinę, więc Marta zostaje zmuszona sprzedać większość swoich rzeczy, a także ładne mieszkanie na rzecz małej izby na poddaszu. Kobiecie pozostaje dwieście złotych. Przyznajcie, na ile wam by to starczyło?
W tym momencie zaczyna się właściwa akcja powieści. Już sam początek jest przejmujący, ale to, o czym czytamy później, mrozi krew w żyłach o wiele bardziej. Marta zaczyna poszukiwania pracy. Takiej, która odpowiadałaby jej kwalifikacjom, a jednocześnie umożliwiała utrzymanie mieszkania, dorosłej kobiety i jej córki. O tak, nie można zapomnieć o małej, czteroletniej Janci, która całe dnie zmuszona jest spędzać w izdebce, podczas gdy mama szuka pracy.
Mam problem nie tyle z książką, co z główną bohaterką. Z jednej strony ją podziwiam – za wytrwałość, za odwagę, za to, że się nie poddała i po każdym upadku podnosiła jak najszybciej – jednak z drugiej uważam ją za potwornie naiwną i przepełnioną dumą, której już nie posiadała. Zatrważała mnie jej bezdenna głupota. Rozumiem wszystko. Że to pozytywizm, że to manifest, że takie były realia, ale litości, Marta przechodziła samą siebie! I wcale nie uważam jej za niewykształconą kobietę, która niczego w życiu nie zdobędzie. Owszem, nie rozwijała swoich pasji ani talentów, ale gdyby się postarała, mogłaby osiągnąć naprawdę wiele. Z czasem było widać, że zaczynała tracić nadzieję i chwytała się prawie każdej pracy, nawet tej za marne grosze (tutaj należy jednak wziąć pod uwagę, że Marta nigdy wcześniej się o pracę nie starała, nie miała pojęcia, jakich pieniędzy oczekiwać powinna).
Początkowo młoda wdowa szuka zajęcia przez biuro. Szybko jednak wychodzi na jaw, że nie potrafi praktycznie niczego na odpowiednim poziomie, dlatego jej dalsze życie było pasmem porażek. Nie nadawała się na nauczycielkę francuskiego czy gry na fortepianie, nie miała doświadczenia jako szwaczka ani pełni wiedzy o rysunku. Odrzucali ją w większości potencjalnych miejsc pracy, a nawet jeśli przyjmowali, to wkrótce kobieta… sama rezygnowała! Nie mam nic do tego, że z własnej woli się zwalniała, gdy obowiązki ją przerastały, ale po prostu nie potrafię zrozumieć, co nią kierowało, gdy odmówiała przyjęcia zapłaty. Była pracowitą kobietą, która starała się jak mogła, aby wypełniać swoje obowiązki. Uczyła się nawet zawodu po godzinach! Jednak pod koniec miesiąca stwierdziła, że to za mało i za swój wysiłek zapłaty nie potrzebuje. A chwilę wcześniej przeliczała swoje oszczędności. Czy naprawdę musiała unosić się dumą? Czy powinna, skoro w zimnym pokoju czekało na nią dziecko? Dlaczego nie próbowała do skutku z tak kobiecą pracą jak bycie gospodynią?
Nie obarczam winą jedynie Marty, bo akurat ona zawiniła najmniej. To rodzice doprowadzili do tego, że gdy została sama, nie mogła zaoferować światu za wiele. Należy pamiętać, że Marta dzieje się w czasach, kiedy większość prac wykonywali mężczyźni. Nie potrzebowali oni nawet wyższego wykształcenia. Wystarczyła im podstawowa wiedza z danej dziedziny, aby udzielać prywatnych lekcji. Mogli pracować w sklepach z odzieżą, jako jubilerzy czy urzędnicy. Kobieta, aby znaleźć zajęcie, powinna stanowić jednostkę wybitną, a – jeszcze lepiej! – być cudzoziemką. Wtedy niezbyt ważne byłyby jej umiejętności. Niektórzy dostrzegali tę jawną niesprawiedliwość i od początku kształcili dziewczynki w danej dziedzinie. Takich bohaterów znajdziemy na łamach tej powieści. Pojawiają się to milsze, to bardziej gburowate postacie. Od razu przypomina mi się mężczyzna, któremu po prostu zaśmiałabym się w twarz po tym, co powiedział. Jednakże jest to już scena końcowa, więc nie mogę powiedzieć nic więcej.
Książka dotyka trudnych tematy, bo takie były bliskie Elizie Orzeszkowej. Autorka dostrzegała, w jak trudnych realiach przyszło jej żyć i postanowiła napisać powieść, która otworzyłaby oczy innym. Jest to jednak jedno z pierwszych dzieł pisarki, dlatego widać, że jej styl wciąż jest niewyrobiony. O ile w większości fabuła jest płynna, tak często Orzeszkowa po prostu streszcza wydarzenia. Pojawia się też wiele wstawek z jej własną opinią. Mimo to powieść czyta się szybko i przyjemnie, co po męczących tekstach z poprzednich epok jest wręcz wybawieniem.
Nawet jeżeli macie uraz do Nad Niemnem, przeczytajcie Martę. To niecałe trzysta stron, które przybliży wam realia XIX-wiecznej Polski. Czemu czytać jedynie o tych czasach w Anglii? My również mamy historię! A opowieść o kobietach, które niczemu nie zawiniły, potrafi bardzo wzruszyć.

Był to jeden z tych uśmiechów, które miliony razy smutniejszymi są od łez, bo widać w nich ducha poczynającego szydzić z siebie i ze świata.*

* Cytaty pochodzą oczywiście z Marii Elizy Orzeszkowej.

11 komentarzy:

  1. Jejka nie dla mnie ;/ Nie przepadam za tą kobietą :D
    W ogóle starsze książki są nie dla mnie ;/

    Cudny blog :D powodzenia w prowadzeniu go ! <3

    Obserwuję <3
    coraciemnosci.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie można mówić, że coś jest nie dla nas, bez zapoznania się z tym. "Marcie" daleko do "Nad Niemnem", więc myślę, że nie masz odpowiedniego porównania. Warto spróbować, bo te tematy stają się znowu aktualne...

      Dziękuję za wiarę, oby wyszło :D.

      Pozdrawiam
      Morrigan

      Usuń
  2. Przeczytałam Twoje recenzje i rzuciła mi się w oczy znacząca rzecz. Jest mało Twojego zdania, większość tego długiego tekstu to opis. Radziłabym zamieszczać na początku posta dodawać opis książki (ja często biorę z lubimy czytać) i podstawowe informacje, chociaż są zawarte w etykietach, to ładnie i estetycznie wygląda.

    Podoba mi się, że zwracasz uwagę na styl autora, bardzo dobrze, bo wiele osób to olewa. Fajnie, że recenzujesz też fajne książki, jest to na pewno o wiele trudniejsze zadanie. Lubisz takie starsze gatunki czy czytasz je z zainteresowania?
    Ogólnie w recenzji jest zawarte dużo ważnych informacji, ale nie jest cudownie. Popracuj proszę nad tym, co napisałam wyżej.

    Pozdrawiam i życzę powodzenia!
    Alicja, http://recenzje-by-my.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogę się z tobą, niestety, zgodzić. Nie podoba mi się idea przepisywania, chociaż widzę ją na wielu blogach. Chciałabym postawić sprawę jasno: jeżeli interesuje mnie opis z okładki to... patrzę na okładkę. Wchodzę na LC albo stronę wydawcy. Nie potrzebuję czytać tego samego na dziesięciu blogach (a tak to w praktyce wygląda, szukam recenzji dowolnej książki, a tu na każdym blogu znajduję ten sam opis z okładki). Informacje techniczne? A po cóż mi ilość stron? Do czego mi wydawnictwo? Może powinnam podawać gramaturę papieru i jego kolor? :) Naprawdę, jeżeli zależy mi na cenie, pojawiam się na stronie księgarni. Skupiam się na recenzjach. Tak samo gdy odwiedzam czyjeś blogi, to zależy mi na tym, co uważa czytelnik, a nie to, czy potrafi wyszukiwać informacje. Według mnie to nie jest estetyczne, a podchodzi pod lenistwo. Przepraszam za dosadność, ale tak to widzę.

      To były sprawy techniczne, a teraz przejdźmy do treści. Tutaj też mam inne zdanie. Według mnie streszczanie fabuły też jest wyrażaniem własnej opinii (chociaż wiadomo, przesadzać nie można). Już przez sam sposób jej przedstawiania można zobaczyć stosunek czytelnika. Nie lubię mówić wszystkiego wprost, czasami chcę, żeby ludzie wyciągnęli spomiędzy wierszy, co ja sądzę na dany temat. Czy streszczam dużo? Nie sądzę. Na pewno więcej, niż jest na okładce, ale po to są recenzje, opis wydawcy za wiele nie mówi, a ja wolę wiedzieć, co mnie czeka. Ja zawsze w ten opis wrzucam swoje zdanie. Po co tworzyć schematyczne bloki, skoro mogę to wszystko połączyć? :) Więc tak jakby… nie popracuję nad tym?
      Miło jednak by było, gdyby wypowiedział się ktoś jeszcze, bo na razie jesteś jedyną osobą, która tak uważa.

      Zawsze zwracam uwagę na styl, bo to od niego zależy odbiór książki. Fabuła może być okropna, ale dzięki przyjemnemu tłumaczeniu i sposobie opowiadania historię da się uratować. A fatalnego stylu nie zrekompensuje genialny pomysł.

      Czytam różne rzeczy, czasami z przymusu, czasami nie, aczkolwiek zawsze mam na książkę po prostu ochotę. Marta to efekt moich studiów, jednak gdybym trafiła na nią przypadkiem, to też bym po nią sięgnęła. Lubię utwory nietuzinkowe, o których mniej osób słyszało niż nie słyszało.

      Dziękuję za wiarę :).

      Morrigan

      Usuń
    2. Nie przeszkadza mi dosadnosc, wolę poznać szczery punkt widzenia. Ja zostanę przy swojej opinii, ale o wiele łatwiej mi z twoim zdaniem na ten temat.

      Usuń
  3. Jakoś nie potrafię przekonać się do klasyki, w szczególności polskiej...

    Pozdrawiam
    Caroline Livre

    OdpowiedzUsuń
  4. Wystarczy tylko nazwisko autorki, by dopadły mnie wspomnienia z czasów szkolnych. Tylko wtedy miała styczność z twórczością Orzeszkowej i nie wspominam tego dobrze. W ogóle sięganie po klasyki to owszem fajny pomysł, ale zawsze kojarzy mi się to z czasami szkolnymi u musem czytania szkolnych lektur. Być może książka niesie ze sobą głębsze wartości, ale jakoś nie potrafię się teraz przekonać do twórczości polskich autorów z tamtych czasów.
    Recenzja naprawdę fajna!

    Pozdrawiam
    Kejt_Pe
    Ukryte Miedzy Wersami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak wiesz, czytanie w liceum to zupełnie inny poziom - wtedy czyta się przede wszystkim na akord, ucząc się jednocześnie dodatkowych rzeczy. Sięganie po starsze polskie dzieła z nieprzymuszonej woli może dać wiele przyjemności. Polacy zakodowali sobie w głowie, że to, co polskie, jest złe, i tak to teraz wygląda. Czytanie ojczystych dzieł kojarzy się z czymś okropnym, a Anglicy czy Niemcy nie mają problemów z czytaniem własnych utwór, a nie powinni chcieć, przecież to ich nudna historia.

      Pozdrawiam
      Morrigan

      Usuń