27 października 2016

[KSIĄŻKI] SŁUGA MAGII i OBIETNICA MAGII MERCEDES LACKEY



– Jeśli o to chodzi – odparował zgryźliwie – możesz mu ode mnie przekazać, że nie miałem nikogo od tak dawna, że już nawet ty i te przeklęte owce na Długiej Łące zaczynacie wyglądać atrakcyjnie.
(…)
– Już lepiej pozostań przy tych owcach – stwierdził fechmistrz bez zażenowania. – One przynajmniej nie chrapią.*

Jestem świadoma tego, że recenzowanie drugiego tomu bez wcześniejszej publikacji opinii o pierwszym jest nawet nie tyle nieprofesjonalne, co nieodpowiednie i, rzekłabym, głupie, jednak jeszcze wczoraj podczytywałam fragmenty, mimo że powieść skończyłam już w weekend. Nie potrafiłabym teraz napisać pełnej recenzji Sługi magii, czyli pierwszego tomu, który połknęłam w dwa dni miesiąc lub dwa temu. Postaram się jednak najpierw odpowiednio was wprowadzić (najprawdopodobniej tekst ten okaże się jedną długą recenzja obu tomów), aby nikt nie czytał od środka i, tym bardziej!, nie natknął się na spoilery psujące lekturę. Nie mogę zagwarantować, że żadne się nie pojawią. Podam je jednak w taki sposób, aby nie zdradzać tego, co w tej serii najlepsze.
Na początku warto zaznaczyć, że Obietnica magii jest drugim trylogii Ostatniego Maga Heroldów, która została wydana dwadzieścia lat temu. Teraz bardzo ciężko jest ją dostać, nawet w bibliotekach. Ja, gdyby nie kolega, nie dowiedziałabym się o tej nigdy. Mimo że czekała kilka dobrych lat, aż wreszcie zdecyduję się ją przeczytać, uważam, że to jedna z moich najlepszych decyzji. Można powiedzieć, że wcześniej nie byłam aż tak pozytywnie nastawiona. Usłyszałam opinie, jakoby główny bohater, Vanyel, irytował tak bardzo, że czasami ciężko wytrzymać. Na szczęście ja się zgodzić z tym nie mogę. Uważam, że jest to jeden z ciekawszych protagonistów. Nigdy nie był doskonały i chyba to mnie najbardziej w jego postaci urzekło. Owszem, nie mogę powiedzieć, żeby był tłem dla większej akcji, jednak nigdy nie stał się najpotężniejszym. Nie przeszkadzało mi również jego trudne dzieciństwo, o którym zaraz powiem więcej. Najbardziej za to podobało mi się to, że dojrzewaliśmy razem z bohaterem.

Czasem bywa tak, że samotność przynosi ból większy niż umieranie; kiedy łatwiej byłoby umrzeć, niż pozostać w samotności.**

Trylogia ta opowiada historię Vanyela, syna arystokraty zamieszkującego Forest Reach w Valdemarze. Dla chłopca los nigdy nie był łaskawy, co można zauważyć już na samym początku, kiedy na zajęciach z fechtunku często stawał się po prostu workiem treningowym. Wątły i słaby, od zawsze czuł pociąg nie do oręża, a do muzyki. Ojciec, Withen, jednak nie podzielał jego zainteresowań i uważał, że ucieczka przed ćwiczeniami walki mieczem mężczyźnie nie przystoi. Trzeba przyznać, że za trudny charakter chłopaka odpowiadają oboje rodzice. Matka, która go rozpieszczała, i ojciec, który wymagał tego, czego syn nie mógł mu dać. Dopiero w drugim tomie dowiadujemy się tak naprawdę, jakie pobudki kierowały Withenem. Już teraz muszę powiedzieć, że gdy tylko bliżej poznajemy ojca bohatera, nietrudno go polubić. Naprawdę. A nigdy nie nazwałabym jego zachowania godnym naśladowania.
Mimo że Vanyel był tak źle traktowany, wcale nie był taki bezbronny. Gdy tylko mógł, ukrywał się przed Jervisem, nauczycielem fechtunku, a kiedy nie miał wyjścia i stawał naprzeciwko mistrza, starał się jak mógł, aby go przechytrzyć. Pewnego dnia mu wyszło, jednak w ten sposób przysporzył sobie jedynie więcej kłopotów. Ojciec zadecydował, że jego syn, aby zmężnieć, musi opuścić rodzinne strony. Postanowił umieścić go u swojej siostry, Savil, która zajmowała się szkoleniem młodych heroldów. Dopiero wtedy zaczyna się najciekawsza część. Van, dotychczas zamknięty w sobie tak bardzo, że nie dopuszczał do siebie nikogo, zaczyna dojrzewać, rozumieć świat, rozumieć siebie i swoje potrzeby. Bo przede wszystkim należy podkreślić, że młody Ashkevron jest shay’a’hern***, czyli homoseksualistów. Powieść nie opowiada jednak o jego miłosnych podbojach, których praktycznie… nie ma. Długo trzeba czekać, aby Vanyel kogokolwiek pokochał miłością szczerą i trwałą.
Jednak musiało minąć wiele czasu, zanim główny bohater znalazł z kimkolwiek wspólny język. W końcu był tak naprawdę sam pośród ludzi z magicznymi zdolnościami. Nie miał praktycznie nikogo, z kim mógłby porozmawiać. Ojciec zdążył opowiedzieć siostrze wszystko, co najgorsze, więc Van z miejsca był na straconej pozycji. Dlatego nie dziwię mu się, że unikał jakichkolwiek kontaktów z innymi, a także bywał arogancki. Dobrze rozumiem, dlaczego zamykał się w skorupie. Dzięki temu z czasem mogliśmy zobaczyć jego przemianę. Głęboką i wzruszającą. A wszystko za sprawą jednego z wychowanków Savil, który nie pozwolił się tak po prostu zbyć powarkiwaniem czy obelgami. Należą mu się szacunek i pochwała jego wytrwałości. Wreszcie możemy być świadkami rozwoju uczucia, szczerego, trwałego i… pięknego. Uważam, że to jeden z najlepszych wątków miłosnych, szczególnie o tematyce homoseksualnej. Jak łatwo się domyślić, relacja bohaterów nie opiera się na seksie, o co wiele osób mogłoby trylogię tę posądzać, a na rzeczywistym uczuciu. Bezgranicznym zaufaniu, które nie zawsze prowadzi do szczęśliwych zakończeń. Jednak to, jak skończyła się ta historia, musicie przeczytać sami!

Wielka miłość przeminęła, ale są jeszcze małe miłości: do przyjaciela, do siostry, brata, nauczyciela. Odmówisz sobie ciepła płynącego od paleniska w wiejskim domu tylko dlatego, że nie możesz już zasiąść przy kominku w pałacu? Odmówisz ciepła swego serca tym, którzy zwracają się do ciebie prosząc o nie?*

Nie należy traktować trylogii jako taniego romansu. Nie powiedziałabym, że związek Vanyela jest tutaj wątkiem dodatkowym, jednak nie przytłacza akcji, która może nie pędzi na łeb na szyję, ale też nie stoi w miejscu. Toczy się w tempie zależnym od rozwoju relacji głównego bohatera z innymi. Pewne wydarzenie doprowadziło też do wyzwolenia się mocy u Vanyela, którą ktoś musiał ujarzmić. To jest właśnie jeden z momentów, który pokazuje, że chłopak nie jest najsilniejszy i niezwyciężony. Wciąż istnieją ludzie ponad nim, którzy mogą go czegoś nauczyć.
Już w pierwszym tomie poznajemy wiele postaci, a każda jest dobrze przemyślana. Oczywiście nie wszystko widać już w Słudze magii. Autorka rozsądnie dozowała nam informacje, abyśmy nie poczuli się nimi zbyt zasypani. W każdym razie przyznać należy, że każdego można w jakimś stopniu polubić, a na pewno znaleźć swojego ulubieńca. Szkoda, że niektórych jest tak mało. Bohaterowie nie wegetują, nie stoją w miejscu i nie czekają, aż protagonista wreszcie do nich podejdzie i będą mogli coś ze sobą zrobić. Oni też żyją, tak samo jak Van. Rozwijają się, kształcą, pną po szczeblach kariery, dążą do realizacji planów. To miłe uczucie, że po ponownym pojawieniu się postaci, widać wyraźne zmiany.

Nie zapomnę cię, ashke, ale mogę sam decydować, jak cię wspominać. I przyrzekam myśleć o tobie z miłością, a nie łzami.**

Drugi tom zaczyna się od przeskoku czasowego o – jeśli się nie mylę – dwanaście lat. Główny bohater jest już dorosłym magiem heroldów zbliżającym się do czterdziestki, a wciąż żyje z niezagojoną raną w sercu. Mimo swoim wyjątkowości i talentowi, jest u kresu sił. Ile można ochraniać wszystkich? Chociaż jest to jego obowiązkiem, dostaje urlop, aby zregenerować siły i odpocząć od ciągłej walki. Jak jednak wiadomo – ważne postacie właściwie nie mają prawie nigdy chwili spokoju. Van nie może odmówić ojcu, wiec swój wolny czas zmuszony jest spędzić z matką, która wciąż szuka mu partnerki, ojcem, który uważa go swojego najgorszego potomka, a także ze znienawidzonym fechmistrzem, którego niegdyś ośmieszył. Wyjazd ten okazuje się wartościowy nie tylko dlatego, że Van zdobywa ważne informacje dla kraju, ale też w ten sposób poznaje tajemnice własnego domu i ludzi, z którymi spędził szesnaście lat. To też sposób na pogodzenie się z rzeczywistością.
W tym tomie wiele sytuacji mnie zaskoczyło, a niektóre fakty, które z czasem wyszły na jaw, wprawiły w zdumienie. Nie posądzałabym Vanyela o niektóre czyny, nie spodziewałabym się też po pobocznych bohaterach niektórych pobudek. Tym bardziej ciekawi mnie ostatni tom. Co jeszcze autorka ukrywa? Tutaj główny bohater wciąż się rozwijał, przyznawał do swoich słabości i… prosił o pomoc! To także dobry przykład człowieka, który mimo odmiennej orientacji zachowuje się tak, jak inni. Autorka nie boi się poruszać trudnych tematów, to wiemy od pierwszego tomu, ale nie straszne jest jej również niszczenie schematów. Vanyel jest tak uczciwy z czytelnikiem, że bardziej chyba nie można.
Muszę przyznać, że magiczne pojedynki opisane były dotychczas bardzo skąpo, jednak nie mogę odmówić tej magii tego czegoś. Jej wykorzystywanie wiązało się z poświęcaniem własnych sił, dlatego nie każdy mógł posługiwać się nią w ten sam sposób. Vanylel za swój dar ciągle musi płacić, ale dla niego stało się to czymś normalnym, codziennym, wartym poświęcenia. Gdy jego więź życia (czym ona dokładnie jest, dowiecie się z książek) została zerwana, jakby utracił chęci życia. Teraz, jako najwyższy mag heroldów, gotów był stracić je w walce. Z czasem jednak zaczyna rozumieć, że mimo iż jego miłość została brutalnie zdeptana, nie może się poddawać. Ten tom daje nadzieję. Tytułowa obietnica jest niezwykle ważna, ale też i pocieszająca. Pomimo kilku smutnych momentów, poczułam się lepiej.

– Jaka jest obietnica magii, Vanynelu? – Zapytał wibrujący głos. – Kiedyś zdawało ci się, że znasz odpowiedź. Czy była to ta sama odpowiedź, której udzieliłbyś teraz?**

Cenię sobie tę trylogię (właściwie na razie jej dwa tomy) za ładunek emocjonalny, jaki ze sobą niesie. Czasami przytłacza żałością, tęsknotą, bólem, cierpieniem i rozpaczą. Innym razem niesie nadzieję. Mimo że narracja jest trzecioosobowa, autorka często umieszcza przemyślenia Vanyela lub jego rozmowy ze swoim Towarzyszem myślomową, dlatego jeżeli komuś główny bohater się nie spodoba, nigdy nie podejdzie książka. Mimo że to opowieść o Valdemarze, to wciąż studium ludzkiej psychiki, rozterek młodego Ashkevrona. To od tego, czy bohater zrozumie sam siebie, zależy życie mieszkańców Valdemaru, którego Vanyel jest obrońcą.
Boję się, że po trzecim tomie po prostu się nie podniosę. Że poczuję ten sam rodzaj żalu co Vanyel i ja sobie z nim nie poradzę. Mimo to nie wybaczę sobie, jeżeli nie poznam zakończenia.
Ach tak, muszę jeszcze wspomnieć o tytułach – są bardzo tematyczne! Dopiero po przeczytaniu całej książki można zrozumieć, skąd się wzięły konkretne słowa. Dlaczego sługa, dlaczego obietnica i dlaczego cena. Dlatego ostatni tytuł nie napawa mnie zbytnim optymizmem.
Na koniec dodam piękny cytat, który odnieść można do rzeczywistości:

Chcę, abyś wziął sobie do serca to jedno: związki shay'a'chern zdarzają się w naturze. Jak więc mogą być nienaturalne? Zwyczajne nie są. Nie są pożądane z punktu widzenia przetrwania gatunku, ponieważ nie doprowadzają do prokreacji. Nie są jednak nienaturalne. Jakże niewinne są zwierzęta zamieszkujące pola i lasy. Człowiek nigdy nie dorówna im czystością myśli i uczuć, ponieważ zna zło i dobro, między którymi zawsze musi wybierać. A jednak one nigdy nie odrzucają osobników shay'a'chern. Z twym shay'kreth'ashke łączyła cię wielka miłość, tylko miłość. Nie można się wstydzić miłości.*

* Cytaty pochodzą oczywiście ze Sługi magii Mercedes Lackey.
** Cytaty pochodzą oczywiście z Obietnicy magii Mercedes Lackey.
*** Określenie to odnosi się zarówno do lesbijek, jak i gejów.

4 komentarze:

  1. Wątek homoseksualny, w dodatku tak ukryty (w sensie, że nie ma przez długi czas wzmianki o podbojach), zachęcił mnie do tej serii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytanie tej książki tylko dla tego wątku to marnowanie jej potencjału... To naprawdę nie jest żadne fanfiction blogowe, gdzie wszystko kręci się wokół zbliżeń czy wyznań miłosnych czy podchodów. To wciąż trylogia o magii i miłości, jednak nie tylko tej, którą darzy się kochanka. Vanyel to postać, która szuka celu w życiu, która musi najpierw odnaleźć siebie, a dopiero potem szczęście. Motyw miłości przewija się cały czas, jednak w inny sposób niż można oczekiwać.
      Nie chciałam, żeby ludzie z tej recenzji zapamiętali tylko to jedno słowo: gej...

      Usuń
  2. Czytałaś ,,Dary Anioła''? Tam również jest o homoseksualistach, i to właśnie wątek o nich pociąga każdego czytelnika.
    Okładka wydaje się taka baśniowa, przez co nie przypadła mi do gustu.
    Fabuła... Też nie kusząca. Akcja dzieje się tam dawno temu zapewne...
    Nie, raczej to nie pasuje do mojego gustu.
    Pozdrawiam!
    I zapraszam do siebie: http://magia-ksiazek-recenzje.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam, z książkami Cassandry Clare jestem na bieżąco i chociaż wątek homoseksualny jest tam przedstawiony naprawdę dobrze (ależ oni to zniszczyli w serialu!), to nie dlatego sięgnęłam po "Dary anioła". Czytałam pierwszy tom chyba jeszcze wtedy, gdy nie było głośno o Alecu i Magnusie. I chociaż, jak mówiłam, ten dodatek mi się podobał, cała fabuła również mnie uwiodła.

      Okładka baśniowa? To książka z 1995 roku... nic dziwnego, że ilustrator wykonał ją w ten sposób. Jest jednak myląca, przynajmniej dla mnie, bo zanim zaczęłam czytać, myślałam, że bohater pojawi się nad studnią, może będzie tam rozmyślał albo, nie wiem, wypowiadał do niej życzenia? Żadnego jednak motywu studni nie było... O wiele lepiej charakter powieści oddaje okładka drugiego tomu.

      Fabuła? To fantastyka! High fantasy, własna kraina, a czasy, jak łatwo się domyślić, można przyrównać do średniowiecza. Konie, miecze, szable, zamki... To nie jest nic zaskakującego w fantastyce.

      Jeśli jednak uważasz, że to nie w twoim guście, to faktycznie, lepiej nie sięgaj. Nie chodzi mi o to, że wystawiłabyś jej niską ocenę, a bardziej o brak zrozumienia dla fabuły, a przez to książka ucierpi najbardziej.

      Pozdrawiam
      Morrigan

      Usuń