16 listopada 2016

[KSIĄŻKA] ŚWIATŁO, KTÓREGO NIE WIDAĆ ANTHONY DOERR


Wszyscy pojawiamy się na świecie jako pojedyncza komórka, mniejsza od drobinki kurzu. Znacznie mniejsza. Podział. Mnożenie. Dodawanie i odejmowanie. Materia przechodzi z rąk do rąk, atomy pojawiają się i znikają, wirują molekuły, łączą się białka, mitochondria wysyłają polecenia oksydatywne, powstajemy jako mrowie połączeń elektrycznych. Płuca, mózg, serce. Po czterdziestu tygodniach sześć bilionów komórek przeciska się przez drogi rodne matki. Krzyczymy. Później atakuje nas świat.*

Z tą książką miałam ogromny problem już niemal od początku z dwóch powodów. Po pierwsze powieść opowiada o drugiej wojnie światowej, a po drugie jednym z głównych bohaterów jest Niemiec. W tym roku czytałam Spóźnione wyznania, które dotyczyły tych samych realiów, a wśród bohaterów – co prawda bardzo, bardzo pobocznych – pojawia się Niemiec, a ja po jej skończeniu nie mogłam się pozbierać przez co najmniej miesiąc. Nawet teraz, w trakcie lektury Światła, nachodziły mnie obrazy z drugiej książki. Przyłapywałam się na tym, że w tej fabule widzę innych bohaterów, że patrzę ponownie na ich cierpienie. Obawiałam się, że po raz kolejny załamię się całkowicie, jednak tak się nie stało. Dzieło Anthony’ego nie zadziałało tak destrukcyjnie na moją psychikę zapewne przez to, że obaj autorzy podeszli do tematyki w inny sposób, inaczej przedstawili relacje międzyludzkie, a przede wszystkim w Świetle narrator jest trzecioosobowy, a w Spóźnionych wyznaniach – pierwszoosobowy. Tutaj było mi trudniej utożsamić się z bohaterami, mimo że tematyka jak najbardziej mi odpowiadała. Mimo wszystko zadziało to na korzyść tej powieści. Gdyby było inaczej, oceniłabym ją znacznie niżej.

Prawie wszystkie gatunki, jakie kiedykolwiek żyły, wymarły, Laurette. Nie ma powodu sądzić, że ludzkość będzie wyjątkiem.*

Kilka lat temu, gdy sięgałam po ksiązki wojenne, dotyczyły one bezpośrednio walk lub obozów zagłady. Patrzyłam na rozlew krwi, czytałam o komorach gazowych. Zdarzało się, że poznawałam historię mas. Swego czasu odnalazłam się w historiach odosobnionych, gdy bohaterowie mają prawo głosu, ich historie sięgają głębiej. Nie chcę przez to powiedzieć, że Aleksander Kamiński (kocham Kamienie na szaniec), Tadeusz Borowski czy Gustaw Herling–Grudziński zapominali o psychice bohaterów. Była tam ona mocno uwypuklona, bohaterowie przecież wiele przeszli. Wszystko jednak dotyczyło… tego samego? Brakowało mi wyindywidualizowania bohaterów, którzy walczą z innych pobudek, którzy jeszcze nie są psychicznie zniszczeni, albo tych uciekających przed wojną, takich, którzy nie nadają się do walki.
Właśnie ich znalazłam w Świetle, którego nie widać. Jednak to nie dlatego sięgnęłam po tę powieść. Owszem, było o niej głośno, wszyscy się zachwycali (widziałam nawet opinię, że ta książka jest niesamowita i nie można o niej praktycznie nic powiedzieć, aby nie zdradzić faktów) i promowali ją. Ja jestem jednak zawsze sceptycznie nastawiona do takiego sztucznego podziwu, dlatego jedynie dodałam ją do listy poszukiwanych powieści. Aczkolwiek w pewnym momencie zaczęłam na poważnie interesować się tematyką osób niepełnosprawnych i szukać o nich książek. Zależało mi na beletrystyce, rzecz jasna. I tak po raz kolejny trafiłam na Światło, którego nie widać i tym razem nie odpuściłam. W końcu poznawanie świata wraz z niewidomymi bohaterami jest naprawdę fascynujące.
Podsumowując: mamy wojnę, niewidomą dziewczynkę i zagubionego Niemca. Tak, to zdecydowanie mi odpowiada, więc nic dziwnego, że nie czekałam długo. Czytałam nawet na wykładach, co zdarza mi się naprawdę rzadko.
Powiedziałabym, że fabuła jest bardzo prosta, aczkolwiek zdarza jej się zaskakiwać. Nie wiem, czy to dobre słowo, bo osoby takie jak ja, które wiedzą wiele o czasach wojen, dużo scenariuszy zdążyły w głowie ułożyć, jednak na pewno nikt nie pomyślał o wartościowym kamieniu, który odgrywa w tej historii ważną rolę, może trochę magiczną. Ale tym samym przedstawia historię na innej płaszczyźnie, lekko odrealnionej, aczkolwiek wciąż ciekawej.

Klątwy nie istnieją. Owszem, człowiek miewa pecha albo szczęście. Może od tego zależeć, czy dzień skończy się sukcesem lub porażką. Ale klątwy to fikcja.

Zanim przejdę do samej fabuły, chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół, a mianowicie sposób prezentowania historii. Kolejność wydarzeń jest odrobinę zaburzona, ponieważ autor zaczyna opowieść o roku 1944, czyli tym, który bezpośrednio odnosi się do opisu z okładki, a potem cofa się o dziesięć lat, aby opowiedzieć historię od momentu, który ma wpływ na współczesność, na główną oś czasową i fabularną. Podoba mi się ten zabieg, bo dzięki niemu nie czytamy jedynie o środku wojny, o spadających bombach czy latających pociskach. Nie przelewa się tyle krwi, ile by mogło (szczerze: i tak mam wrażenie, że autor unika tego jak ognia), a kreuje też zwykłą rzeczywistość, nad którą wisi widmo wojny. To naprawdę ciekawsze, według mnie nawet ciekawsze niż ostatnie kilka dni historii.
Główną bohaterką jest Marie-Laure LeBlanc, francuska dziewczyna, która z powodu nieuleczalnej choroby oczu w wieku sześciu lat straciła całkowicie wzrok, jednak dzięki determinacji ojca, pomimo tego, że nagłe pogrążenie się w ciemności jest doświadczeniem trudnym i przytłaczającym, nigdy się nie poddaje. Mężczyzna samotnie wychowuje córkę i jest świadomy tego, że musi nauczyć ją samodzielności, dlatego wręcz zmusza dziecko do wkładania wysiłku w naukę poruszania się po Paryżu, mieście, w którym się urodziła i wychowywała. Wkrótce Marie-Laure wie, ile kroków, kratek czy przecznic dzieli ją od konkretnych miejsc. Jednak na tym ojciec nie poprzestaje. Tworzy dla dziewczynki przedmioty-zagadki, które można rozwikłać tylko przy pomocy dłoni. Z czasem udało mu się również wybudować w pokoju małą makietę Paryża z każdym, najdrobniejszym szczegółem, aby Marie-Laure mogła poznać lepiej miasto i poradzić sobie poza domem. Zarówno Marie, jak i ojciec myśleli, że całe życie spędzą w stolicy Francji, że mężczyzna do końca będzie pracował w muzeum i zabierał tam córkę. Ale wojna zmusza ich do ucieczki aż do Saint-Malo, do dziwnego stryjecznego dziadka, którego tak naprawdę zmieniło branie czynnego udziału w pierwszej wojnie światowej. Tam życie nie jest już tak bezpieczne jak w wcześniej w Paryżu, jednak nie poddaje się i poznaje świat od nowa.
Drugim pierwszoplanowym bohaterem jest niemiecka sierota, Werner Pffening, którego ojciec zginął w kopalni. Od tego czasu chłopiec obawia się, że skończy tak samo. W końcu męscy wychowankowie sierocińca prowadzonego przez Frau Elenę w odpowiednim wieku trafiają właśnie tam. Nie ma praktycznie ucieczki przed tym losem, tak samo jak dziewczynki z góry wiedzą, co będą robić, kiedy dorosną. Jednak Werner się nie poddaje, ma przecież zainteresowania, pasje i talenty. Dlaczego ma z nich rezygnować? Wierzy, że trafi na uniwersytet i będzie mógł uczyć się o falach radiowych, o elektronice, matematyce czy fizyce. Chciałby wiedzieć wszystko. Prowadzi nawet dziennik z pytaniami. O ile Marie-Laure jest jedynaczką, o tyle Werner ma młodszą siostrę, Juttę, która początkowo wpatruje się w brata jak w obrazek. Razem przeszukują śmietnisko w poszukiwaniu przydatnych rzeczy. W ten sposób wchodzą w posiadanie zepsutego radia, które udaje się chłopakowi naprawić. Trzeba przyznać, że jak na swój wiek (a także na całe czasy, w których żył) był geniuszem. Mimo braku wykształcenia w tym kierunku, potrafił sprawić, że wiele urządzeń zaczynało ponownie działać. Jednak to właśnie pierwsze radio wpłynęło na jego psychikę, ukształtowało jego osobowość i otworzyło oczy na świat. Cały świat, nie tylko na Niemcy, mimo że chłopak dorastał w latach, gdy Hitler rządził krajem. Werner wraz z Juttą, a czasami innymi dziećmi a także Frau Eleną, słuchał radiowych audycji – z Francji, Anglii, Polski czy Rosji. Najbardziej uwielbiał francuski program dla dzieci, który odpowiadał na wiele nurtujących pytań. A jednak zasady, jakie wprowadził Hitler, sprawiały, że Werner przestał być bezpieczny, a wizja pracy w kopalni stawała się wyraźniejsza. Mimo wszystko w tym koszmarze znajduje się człowiek, który ratuje młodego Wernera. Warto się zastanowić, czy ratunek to najlepsze możliwe słowo. W każdym razie bohater po części otrzymuje to, czego pragnął – będzie pracował przy radiach i nie skończy w ciemnym szyldzie. Czy to jednak warte jest tego wszystkiego, co go czeka?

Jak nazywamy światło widzialne? Nazywamy je kolorem. Ale spektrum fal elektromagnetycznych rozciąga się od zera do nieskończoności, a zatem, dzieci, z matematycznego punktu widzenia całe światło jest niewidzialne.*

Jak już wspominałam, cenię sobie Marie-Laure i Wernera za to, że myślą, że są kimś więcej niż marionetkami w rękach władzy czy rodziny. Marie nie bała się wychodzić na zewnątrz, chciała – zupełnie jak Werner – poznać wszystko. Skoro nie mogła zobaczyć, pragnęła dotknąć, usłyszeć, poczuć. Okazała się nawet dzielniejsza od stryjecznego dziadka Ettiene’a, który nie opuszczał domu z powodu fobii. Mimo że jest jeszcze dzieckiem, kiedy opuszcza Paryż, w Saint-Malo odnajduje się dość szybko i – przede wszystkim! – nie sprawia problemów. Jakże brakowało mi bohaterki, która byłaby sobą, a jednocześnie nie irytowała i nie wymagała ciągłej opieki. Jednak mimo swej zaradności i faktu, że utraciła wzrok, to nie ona skupiała całą moją uwagę. Oczywiście, miło było przeczytać o jej losach, zwiedzać miasto razem z nią i poznawać otoczenie (autor, gdy tylko opowiada historię Marie, przedstawia ją tak, jak mogłaby przedstawić osoba niewidoma – widzimy świat przede wszystkim przez kształty, kroki, dźwięki czy zapachy, których jest świadoma dziewczyna), jednak to nie do końca to, czego oczekiwałam. Czegoś mi zabrakło. Może pierwszoosobowa narracja lepiej oddawałaby sytuację Marie-Laure.
Werner zasługuje na zdecydowanie więcej uwagi: mimo swojego pochodzenia, bycia Niemcem i faktu, że wykonuje ślepo rozkazy, zastanawia się, rozważa, analizuje, żałuje. Jest człowiekiem, o czym wielu z nas zapomina, kiedy słyszy słowo hitlerowcy. Po prostu uwielbiam bohaterów, którzy w obliczu śmierci – bo tylko ona pozostawała dla chłopaka wybawieniem – nie popadają ze skrajności w skrajność. Werner nigdy nie był przygłupim pionkiem. Owszem, namierzał dla Rzeszy inne radiostacje, pomagał w eliminacji wrogów, ale nie wierzył w pełni w winę innych krajów. Jego oczy widziały więcej, wciąż nie mógł zapomnieć o francuskiej audycji. Przecież tam również są ludzie. Miał też Juttę, której wojna wcale się nie podobała i która nie zgadzała się z hitlerowskimi poglądami. Może Werner nie miał dumy (bo gdyby ją miał, to prędzej pozwoliłby się rozstrzelać), ale miał za to własne przekonania, których nie zmieniła propaganda w nazistowskiej szkole (udało się je jedynie przyćmić). To jest piękne. Pokazywanie, że ludzie po drugiej stronie też mają uczucia, też cierpią i podejmują trudne decyzje. Łatwo mówić o przeciwnikach negatywnie, o wiele trudniej odnaleźć w nich cząstkę dobra i znaleźć dla nich usprawiedliwienie, a to robi Anthony Doerr – rozumie.

Każdy nosi w sobie historię życia.*

Urzekła mnie szeroka gama innych postaci pojawiających się w powieści, co pokazywało wyraźnie, że wojna nie doprowadza do zbicia się jej uczestników w wielką, bezrozumną masę. Podporządkowanie zasadom nie sprawia, że człowiek nie prowadzi wewnętrznej walki i nie zastanawia się, czy na pewno dobrze postępuje. Zastanawia mnie jednak, jak to się stało, że o wiele bardziej polubiłam pobocznych bohaterów i to ich tragedie poruszały mnie bardziej? Już w połowie stwierdziłam, że gdyby zginęli albo Marie-Laure, albo Werner, nie przejęłabym się tym za specjalnie. Więź, która między nami powstała, nie opierała się prawie wcale na emocjach. Nie wczułam się w rolę niewidomej nastolatki w środku wojny i jej relacjach z innymi ani też nie utożsamiałam się z młodym Niemcem, który w pogoni za marzeniami trafia do nazistowskiej szkoły. Po prostu byli. Bardziej szkoda było mi Fredericka, przyjaciela Wernera ze szkoły, który za dobroć i szczerość, a przede wszystkim za swoją niezłomność, staje się pośmiewiskiem. I, kurczę, gdy o tym czytałam, znowu myślałam o Spóźnionych wyznaniach. Jednak był to tylko przebłysk, świadczący o tym, że nie tylko po jednej stronie znęcają się nad rodakami. Jeżeli ktoś wyróżniał się poglądami, nie miał prawa do spokojnego życia.
Inną postacią, która także mnie zainteresowała, był Ettiene, mężczyzna, który przez traumę po pierwszej wojnie światowej boi się wyjść z domu. To było takie… normalne! Wreszcie mamy postać, która jakoś walkę przeżyła, która czegoś doświadczyła, coś zobaczyła. Nie jest idealna, z niezniszczalną psychiką. Wciąż nie jest to tak poważne, jak mogłoby być, ale przecież każdy reaguje inaczej, a w literaturze brakuje bohaterów z agorafobią (ja się z tą tematyką w ogóle nie spotkałam). Autor jednak pokazuje, że mimo lęku wciąż można walczyć, że to nie wyklucza. Przykładem postaci, która z otwartą walką niewiele ma wspólnego, jest madam Manec – kobieta mimo wieku chce w jakiś sposób uprzykrzyć życie Niemcom zajmującym miasto. Skoro już jesteśmy przy niej, to muszę wspomnieć, że to jedna z najwspanialszych służących, jakie istnieją. Zastępowała Marie matkę, a dla Ettiene’a była kontaktem ze światem i opiekunką.
Nie mogę rozwodzić się tak nad każdym bohaterem, dlatego pozostanę przy tej trójce. Pamiętajcie jednak, że trudno tutaj o powielone schematy osobowościowe. Właściwie bardzo trudno tu o jakiekolwiek sztywne ramy, kalki czy znaczne wpływy światopoglądowe. Dobrze znajdują się zarówno po stronie Niemców, jak i Francuzów. Są też postacie, które trudno zakwalifikować, bo kim naprawdę był von Rumpel, który z zapamiętaniem poszukiwał magicznego kamienia? A potężny, małomówny Volkheimer? Kim byliby, gdy ich życie potoczyło się inaczej? W tej chwili przypomina mi się Przypadek Adolfa H. Erica-Emmanuela Schmitta (gorąco polecam, warto poznać alternatywną – i możliwą – rzeczywistość!). Ach, i nie można zapomnieć o ojcu Marie, o którym już wcześniej wspominałam. Chciałabym, żeby wychowywał mnie taki człowiek.
Styl autora nie utrudniał czytania, ale też jakoś specjalnie go nie umilał. Według mnie był trochę zbyt… opisowy? Referatowy? Wziął, położył, odłożył. Samoloty latały. Chyba bardziej skupiałam się na tych wszystkich czasownikach niż opisach uczuć. Tak, w pewnym stopniu zabrakło mi doznań. Taki sposób przedstawiania myśli niekoniecznie pasował do formy. Plus z pewnością należy się za to, że nie przeszkadzał mi czas teraźniejszy, a szczerze go nienawidzę – za bardzo zaburza mi odbiór. To takie miłe, kiedy nie możesz powiedzieć, aby akcja gnała zbyt szybko albo że powieść rozwija się za wolno. A przynajmniej ja nie mogę, bo w tej warstwie nie mam nic do zarzucenia.
Jednak mimo wszystko nigdy nie nazwałabym Światła, którego nie widać arcydziełem. Mimo tak wielu zalet, a przede wszystkim ciekawego podejścia do problematyki, historia nie powala, nie wywołuje skrajnych emocji, nie doprowadza do płaczu, a nawet rozpaczy czy depresji. Dla mnie to zdecydowanie zbyt mało. Może na innych działa, jednak gdy porównuję to z pozostałymi powieściami o tym okresie, dostrzegam znaczącą różnicę. Po lekturze miałam wrażenie, że czegoś tutaj brakuje, jakiegoś ważnego elementu, który pozwoliłby mi wchłonąć w ten świat. Jakby coś mnie blokowało.

Jeśli człowiek zamyka oczy, nie dowiaduje się niczego o ślepocie. Poza światem nieba, twarzy i budynków istnieje surowszy, starszy świat, miejsce, gdzie płaszczyzny ulegają dezintegracji, a w powietrzu płyną ławice dźwięków.*

* Cytaty pochodzą oczywiście ze Światła, którego nie widać Anthony’ego Doerra.

3 komentarze:

  1. Nie lubię czytać książek wojennych, bo przeraża mnie i smuci to, że ludzie kiedyś naprawdę musieli tak żyć - w ciągłym strachu, cierpieniu, niebezpieczeństwie. Po prostu moja wyobraźnia zaprowadzi mnie na tamte ulice. Najgorsze co może być to książka o wojnie, która bagatelizuje coś ważnego.
    Myślę, że nie przeczytam książki, a jak już to za jakiś czas.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałam jeszcze Światła, którego nie widać, ale ta powieść szturmem zdobyła blogosferę i na pewno sama się za nią zabiorę, żeby przekonać się, co w niej takiego jest. Chyba jesteś jedną z niewielu osób, które nie nazwały tej powieści arcydziełem i powiedziały, że czegoś w tej lekturze brakuje, a czego strasznie się cieszę, bo nie ufam recenzjom, w którym książka jest wychwalana pod niebiosa. Tematyka II WŚ jest niezwykle trudna – nie tylko do czytania, ale także do udźwignięcia przez twórców.

    Books by Geek Girl

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawą książką, która opowiada o wojnie, ale bez rozlewu krwi, bez bomb i pocisków jest "Pozwólcie nam krzyczeć" Stanisławy Fleszarowej-Muskat. Tan=m mamy wojnę z punktu widzenia Polaków wygnanych na przymusowe roboty do Rzeszy. Polecam.
    Pozdrawiam,
    Ewelina.

    OdpowiedzUsuń