26 grudnia 2016

[KSIĄŻKA] DZIEWCZYNA O KRUCHYM SERCU ELŻBIETA RODZEŃ


Doskonała miłość usuwa lęk. To, co mi dałeś, było doskonałe, bo nigdy się przy tobie nie bałam...*

Mam bardzo mieszane uczucia, jeśli chodzi o tę książkę, dlatego recenzję piszę z ogromnym poślizgiem czasowym. Naprawdę zależało mi na jej przeczytaniu, głównie z tego powodu, że to polska, aktualna literatura młodzieżowa. Zwykle czytałam książki sprzed kilkunastu czy też kilkudziesięciu lat, jednak jak łatwo się domyślić, przy czytaniu widać znaczące różnice między kiedyś a dziś (aczkolwiek przyznam, że lubię starsze powieści). Teraz polowałam na Jak powietrze (które również niedługo przeczytam), ale najpierw zaopatrzyłam się w Dziewczynę o kruchym sercu, więc po prostu się za nią zabrałam. Początkowo myślałam, że dostanę opowieść podobną do Jesiennej miłości Nicholasa Sparksa albo Pozwól mi odejść Lurlene McDaniel, a otrzymałam coś… gorszego. Przykro mi, ale nigdy nie wybaczę autorce sposobu, w jaki wprowadziła religię do powieści młodzieżowej. Nie była to historia skierowana do określonej grupy odbiorców, więc pisarka nie powinna się dziwić, że niektórym tematykę religijną obrzydziła jeszcze bardziej.
Opis na okładce wydaje się neutralny. Gdy brałam się za Dziewczynę o kruchym sercu, myślałam, że niedługo pogrążę się w przejmującej historii miłosnej, a nie będę się zastanawiała, czy Janek przypadkiem nie bierze narkotyków… Wydawca jakby zataił bardzo ważny aspekt tej opowieści. Oczekiwałam dwójki normalnych nastolatków, którzy, gdyby nie choroba jednego z niech, mogliby być bohaterami zwykłego romansu obyczajowego. Po części to otrzymałam i tylko dlatego nie przerwałam czytania w połowie. Myślałam, że chociaż zakończenie ładnie zamknie opowieść, ale to ono uderzyło mnie najbardziej. Było kulminacją całej nieplanowanej (a może jednak?) fantastyki. Nie wzruszyłam się, nie popłakałam (chyba że ze szczęścia, że to się skończyło)… zadawałam sobie pytanie: dlaczego? I wcale nie chodziło o zakończenie. Nie rozumiałam, dlaczego autorka zrobiła to tej książce.
Jako nastolatkowi są naprawdę przyziemni i naturalni, jeżeli oddzielić ich od religii. Janka można opisać jako typowego kujona w tym znaczeniu, że po prostu… wszystko wie. I to niekoniecznie dlatego, że nie ma życia poza szkołą (należałoby powiedzieć, że jego misja jest dużo ważniejsza). Spodobał mi się jako bohater, który stara się, ale i tak nie wszystko mu wychodzi. Lubię go też dlatego, że został przedstawiony jako popularny, ale wciąż miły i przykładny, a nie arogancki i niedostępny, jak to jest z większością męskich postaci w seriach młodzieżowych. Nawet nie przeszkadzało mi to, że – jak łatwo się domyślić, jakiś schemat musi się pojawić – lubił flirtować i czasami pójść z kimś do łóżka. Nawet motyw wolontariatu sprawił, że Janek wydał mi się jeszcze ciekawszy, no stał się bohaterem z innymi zainteresowaniami niż jego książkowi rówieśnicy. Tylko tak, nagle to hobby zaczęło przytłaczać. Ula to na pewno całkowite przeciwieństwo kolegi z klasy, jednak nie powiedziałabym, że jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju i różna od innych kobiecych bohaterek. Przez karty przeczytanych i nieprzeczytanych przeze mnie książek przewinęło się mnóstwo skrytych i zamkniętych w sobie dziewczyn, których zachowanie było uwarunkowane przeszłością. Nie przekonała mnie do siebie, jej pasja pisania nie sprawiła, że stałyśmy się sobie bliższe. Ale musze przyznać, że o jej relacjach z matką czytało się naprawdę przyjemnie!
Czy przyciągnął mnie motyw choroby? Tak. Nie ukrywam, że właśnie dlatego Dziewczyna o kruchym sercu stała się jednym z priorytetów w najbliższym czasie. Już sam tytuł – nawet jeśli opis nie do końca na to wskazywał – wszystko wyjawiał. Nie sądzę, żebym tylko ja była taka domyślna i skojarzyła kruche serce z chorobą serca. Bardzo poważną, nieuleczalną chorobą serca. Liczyłam jednak na możliwość przeszczepu w niedługim czasie albo prawdziwe próby leczenia. Tutaj miałam wrażenie, że wszyscy Ulę po prostu przekreślili, bo przecież taki jej los. Dosłownie. I to jest mój największy zarzut wobec tej książki. Od początku do końca ta historia była przewidywalna. Zakończenie nie było zaskoczeniem, chociaż autorka próbowała kilka razy przekonać mnie, jak bardzo się mylę. Niestety, nieudolnie. Według mnie widać, że to debiut. Może i wiele osób (jeśli nie większość) wzrusza się, gdy czyta o niepodważalnej miłości fajnego chłopaka do chorej dziewczyny, tak ja zwróciłam uwagę na początek, który zdradza bardzo wiele o czekającej przyszłości. Zastanawiam się jednak jeszcze, czy to ta książka jest tak przewidywalna sama w sobie czy to moje czytelnicze i pisarskie doświadczenia pozwalają tak szybko przejrzeć powieść.
Dawno, ale to bardzo dawno nie pisało mi się tak ciężko recenzji. Gdy próbuję cokolwiek ująć w słowa, dochodzę do wniosku, że nie wiem nawet, co chcę powiedzieć, jakby fabuła i bohaterowie zlali mi się w jedno. Najbardziej w pamięci utkwiły mi pojedyncze elementy – takie jak zakończenie (swoją drogą koszmarne i ani trochę nie wzruszające) czy etapy leczenia Uli. Tak, spodobała mi się dosłowność i szczegółowość, jako że moja ciekawość nie zna granic i zawsze, ale to zawsze poszukuję więcej informacji na temat, który mnie zainteresował. Po lekturze Dziewczyny o kruchym sercu nie odczuwałam tego niedosytu, który towarzyszy mi wtedy, gdy ktoś traktuje fascynujący mnie motyw powierzchownie. Muszę jednak przyznać, że z Uli wyszedł taki trochę wybryk natury – jaka to ona nie jest wyjątkowa, chociaż w tym przypadku wcale jej to na dobre nie wyszło (nie do końca jednak rozumiem, czemu odwrócenie trzewi sprawiało, że nikt nie chciał jej operować). W każdym razie, jakkolwiek to nie zabrzmi, choroba Uli to najciekawszy wątek w tej książce. Oczywiście jeżeli odłączymy ją od religii, bo inaczej możemy się porządnie zawieść.
Ciągle powtarzam, jak bardzo wiara mi przeszkadzała, dlatego czuję się w obowiązku, aby to wyjaśnić i jasno przedstawić wszelkie moje uwagi (z czego wszystkie oscylować będą dookoła jednego, zbędnego elementu). Uwierzcie, przebolałabym motywy religijne, gdyby były solidnie i naturalnie przedstawione, a przede wszystkim umotywowane nie tylko w historii bohatera, ale też i w świecie rzeczywistym. Tutaj przez całą powieść zastanawiałam się, do jakiej sekty należy rodzina Janka. Nie mogę zrozumieć, jak można ludziom wmawiać takie rzeczy i jeszcze traktować to jako coś naturalnego. Janek mógłby być zagorzałym katolikiem, którego na pewno bym nie polubiła, jednak po części bym go rozumiała – jego system wartości czy sposób myślenia – ale autorka posunęła się krok dalej. Co innego czytać czy słuchać o prawdach kościelnych, a co innego… doświadczać cudów. I to jeszcze tak nierealnych jak te, które mają miejsce w książce. Wyobraźcie sobie, że waszym przeznaczeniem jest ratować ludzkie życia, jednak nie tak jak lekarz, psycholog czy mediator. Nawet nie jak przyjaciel czy przypadkowy rozmówca. Macie misję, która polega na opiekowaniu się osobami, które wkrótce mają umrzeć. I nie, to jest tak, że pracujecie w hospicjum. Wiecie, że mężczyzna mieszkający w waszym bloku spadnie ze schodów i skręci kark i waszym obowiązkiem jest spędzanie niż jego ostatnich chwil nie po to, aby nie czuł się samotny, ale po to, żeby doprowadzić jego sprawy do końca. Trzeba pozwolić mu umrzeć, bo takie jest jego przeznaczenie według… księdza, który ma, hm… wizje? Chyba tak to powinnam interpretować. Janek jest właśnie takim strażnikiem życia. A może śmierci? Do końca nie wiadomo, czy jego obowiązkiem jest sprawienie, by Ula cieszyła się życiem, dokończyła wszystkie swoje zadania i pogodziła z matką, czy też to, aby pokazać jej drogę do nieba. Przepraszam, ale to nie mieści mi się w głowie. Dziewiętnastolatek wpada w trans, żeby po śmierci swojego podopiecznego myślami (?) poprowadzić go w odpowiednie miejsce. Mniej więcej tak wyobrażam sobie tę sytuację, bo niestety nigdy jeszcze Janek w takiej sytuacji nie był, a zapomniałam wspomnieć, że cała narracja jest pierwszoosobowa.
Irytującym bohaterem jest wszechwiedzący i wszechmogący ksiądz Piotr. Mojego negatywne odczucia wzmaga fakt, że nigdy za kapłanami nie przepadałam. To takie zakłamane postacie, które zawsze robią to dla dobra innych. Zapewne miał być postacią lubianą i pozytywną, bo w przeciwieństwie do ojca bohatera do niczego Janka nie przymusza, ale w mojej ocenie jest zupełnie inaczej. To właśnie takie postacie, które osiągają swój cel, udając, że w ogóle nie mieszają się w sytuację. Nie czuję, jakbym była zbyt surowa dla Piotra, bo w całej powieści właśnie taki jego obraz się wyłania. I jeszcze to podążające za nami przeznaczenie bezpośrednio powiązane z Bogiem…
To, co mnie… tak, niestety, ale rozbawiło, to jednocześnie to, o czym nie mogę wspomnieć, bo zdradziłabym całe zakończenie (dla niektórych może i przewidywalne, ale nie zrobię tego innym). Poszukiwałam w internecie informacji zarówno o autorce, jak i samej książce i natknęłam się na kilka wywiadów z Elżbietą Rodzeń. Z jednego z nich dowiedziałam się, że początkowo pisarka planowała wzbogacić powieść o elementy fantastyczne i uważam, że chociaż nie pasowałoby to do obecnej koncepcji, to byłoby lepszym rozwiązaniem niż obecne. Oczywiście najlepiej, gdyby kompletnie zrezygnować z tych ozdobników (bo inaczej ich nazwać nie mogę).
Jestem rozczarowana. To takie gorzkie rozczarowanie, bo oczekiwałam dobrego kawałka literatury, ale niestety coś poszło nie po mojej myśli. Jestem rozczarowana jak Prus trylogią Sienkiewicza – niby to dobre, ale takie zakłamane!

Jak mam ją ochronić? Kiedy jej serce pęknie, moje pójdzie w jego ślady. Jak mam ją uratować, skoro przyszedłem ją odprowadzić?*

4 komentarze:

  1. Piękna recenzja. Jedna z blogerek polecała mi tę powieść. I chyba nadal, przez cały ten czas mam na nią ochotę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam do przeczytania i podzielenia się opinią - ja po prostu zwróciłam uwagę na kilka aspektów, które bardzo mnie zniechęciły do tej książki, a bez których "Dziewczyna o kruchym sercu" też by się obeszła i wcale nie ucierpiała :).

      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Mi się podobała, czytałam ją jakiś czas temu. Może niebyła najwyższych lotów, ale dobrze ją wspominam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety dobrze jej nie wspominam. Ale jestem trochę czepialska i gdy coś mi się nie podoba, mówię o tym. Nie jestem też specjalnie pobłażliwa - za dużo jest dobrych książek, by udawać, że podobają nam się te, do których mamy zastrzeżenia.
      Bynajmniej nie chodzi mi o to, że nie powinna ci się podobać - każdy ma prawo do własnej opinii. Po prostu uzasadniam własną opinię :).

      Pozdrawiam!

      Usuń