13 sierpnia 2017

O WIELE WIĘCEJ KIM HOLDEN


Nie wiedziałem, że ktoś może własną duszą utulić duszę kogoś innego.*

Do tej książki – jak i samej autorki – podchodziłam jak pies do jeża. Wielokrotnie już powtarzałam, że gdy coś jest przesadnie wychwalane, przereklamowane i do bólu wałkowane zarówno na blogach, jak i vlogach, a do tego promowane na niemalże każdej stronie i w każdy sposób, mnie prawie natychmiast odrzuca i nie mogę nawet na daną pozycję patrzeć. Z Kim Holden właśnie tak było – im lepszą pisarką ją określano, tym niechętniej do niej podchodziłam. Nawet zignorowałam jej przyjazd do Polski (a podejrzewam, że przy jej stoisku były ogromne, naprawdę ogromne kolejki) i omijałam szerokim łukiem Promyczka i jego kontynuację.
Ale traf chciał, że na półce, akurat naprzeciwko mnie, stała jej jedyna powieść dla dorosłych, patrzyła na mnie i krzyczała: weź mnie, weź mnie! To ją wzięłam… Aczkolwiek muszę zaznaczyć, że dość niechętnie. Opis na okładce był nijaki – tak można opisać większość romansów, naprawdę. Zapewne zachętą miało być podkreślenie, że ta sama autorka napisała Promyczka, ale na mnie to przecież zadziałać nie mogło. Mimo braku konkretnych motywów, wzięłam jednak O wiele więcej do domu i postanowiłam dać szansę.
A powieść tej szansy nie zmarnowała.

Ponieważ miłość jest sztuką. Subiektywną.
Nieuchwytną.
Nieustannie zmienną.
Wciąż dojrzewającą.*

Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona zarówno fabułą, jak i wykonaniem – chodzi mi nie tylko o styl, lecz także o samo wydanie: odpowiednio szerokie akapity i dobrze dobrana czcionka sprawiły, że pochłonęłam książkę w dwa wieczory i wcale się przy tym nie męczyłam. I to z pewnością zadziałało na plus dla samej powieści, bo wiadomo, im szybciej się czyta książkę, tym więcej zapamiętuje. A to umożliwia wyciągnięcie wielu wniosków i docenienie wykonania, zanim zatrą się wszystkie wrażenia.
Zapewne potraktowałabym O wiele więcej jako kolejną, dość schematyczną młodzieżówkę (nieważne, że bohaterowie są dorośli), gdyby nie to, że już na pierwszych stronach pojawia się motyw choroby. Chciałoby się rzec – i to nie byle jakiej choroby. Kim Holden szerokim łukiem omija stereotypowe, nagminnie wykorzystywane nowotwory i choroby serca i w powieści porusza problem stwardnienia rozsianego i to w naprawdę dobry, przyjazny dla czytelnika, a jednocześnie realistyczny sposób. Niemal od razu pomyślałam, że autorka musi mieć w rodzinie kogoś, kogo dotknęła ta choroba, i nie pomyliłam się. Gdy doczytałam powieść do końca, dowiedziałam się, że wszystką wiedzę, którą wykorzystała w powieści, czerpała z życia matki, która od długiego czasu boryka się z tym schorzeniem. Lata patrzenia na codzienne problemy tak bliskiej osoby sprawiły, że O wiele więcej zyskało na autentyczności i wiarygodności. To naprawdę widać. Zwłaszcza gdy skontrastujemy tę powieść z książką Ewy Barańskiej Nie odchodź, Julio, w której działy się rzeczy niestworzone.
Wprawdzie zaczęłam trochę od środka tę recenzję, ale jednak to przede wszystkim dzięki tej kwestii nie pozostawiłam książki po paru stronach i z takim zapałem przerzucałam kolejne kartki. Najbardziej nienawidzę, gdy w powieściach młodzieżowych najpierw autorzy poruszają poważne, trudne i ciężkie tematy, aby potem potraktować je pobieżnie, nie zagłębiać się w szczegóły. I nawet jeżeli jest to historia dla młodszych czytelników, to uważam, że nie można ich oszukiwać, przekłamywać rzeczywistości. Podawać mniej informacji i szczegółów: owszem, ale nigdy, przenigdy nie koloryzować tak, jak się przyjęło w tego typu literaturze.

Dotyk za dotyk.
Pocałunek za pocałunek.
Serce za serce.
Zaufanie za zaufanie.*

Jeżeli chodzi o samą fabułę… na pewno wiele zyskuje przez pierwszoosobową narrację. Nie jest to tak bezosobowe i nijakie, jak mogłoby być. Czytelnik nie odnosi aż takiego wrażenia, że niedawno przecież o tym czytał. Bo, jakby nie patrzeć, w O wiele więcej mamy naprawdę dużo schematów i – oczywiście – bohaterów po przejściach. Zabawne, że w takich książkach każdy bohater musi mieć traumatyczną przeszłość, która bardzo na niego wpłynęła. I tak mamy główną parę bohaterów, którzy w większości są też narratorami, czyli Seamusa, ojca trójki dzieci, którego żona nigdy nie kochała i którego, gdy naszła ją ochota, porzuciła, i Mirandę, tę niewdzięczną żonę, która pragnęła jedynie bogactwa, luksusów i spełniania każdej jej zachcianki. Przemianę mężczyzny dostrzegamy bardzo szybko, niemalże na samym początku, i wcale mu się nie dziwimy. Jako człowieka polubiłam go, rozumiałam, a nawet ceniłam za to, jaki jest. Z jego żoną było trochę inaczej. Miranda to uosobienie zła, szatan w kobiecej skórze, jednak doceniłam jej kreację za konsekwencję. Przynajmniej do pewnego momentu, bo wraz z rozwojem wydarzeń zaczynałam coraz bardziej kręcić nosem i zastanawiać się, czy w prawdziwym życiu naprawdę by tak było. Jednakże jest to lekki powiew świeżości w powieści młodzieżowej, w której brakuje zdecydowanych, pewnych siebie kobiet ze sprecyzowanymi planami. Nawet jeśli mają być zimnymi sukami – takie postacie też są potrzebne, przecież i one istnieją we współczesnym świecie.
Do tego dostajemy starszą kobietę, która – jak się domyślamy na początku – musiała przejść w swoim życiu naprawdę dużo i to wpłynęło na jej obecne życie, sposób, w jaki funkcjonowała, oraz młodą dziewczynę, której życie również nie oszczędziło – o tym, co się wydarzyło, gdy była dzieckiem, dowiadujemy się z czasem i naprawdę nie miałabym nic przeciwko takiemu rozwiązaniu sprawy, gdyby nie kolejne piętrzące się problemy. Tego jest po prostu za dużo.
Niby ta książka ma gorzkie nuty, jednak to wciąż dość słodka, rzekłabym, że lekko naiwna historia z, jak łatwo się domyślić, szczęśliwym (przynajmniej w połowie) zakończeniem. Na szczęście słodycz nie leje się hektolitrami i książka naprawdę potrafi ująć – jeżeli nie całokształtem, to fragmentami. Owszem, niektóre były przesadzone i przedramatyzowane (zwłaszcza jak na dorosłych bohaterów), jednak wciąż w tej powieści jest coś szczególnego, co wciąga i wzbudza w czytelniku emocje.

Wszyscy potrzebujemy pomocy. Trudno być człowiekiem, gdy jest się samemu.*

Moim zdaniem O wiele więcej mogłoby być o wiele, wiele lepsze, gdyby autorka nie okroiła aż tak fabuły opisywanych wydarzeń. Niby ta książka ma ponad czterysta stron, ale gdy się nad tym zastanowić, niewiele w niej przedstawiono szczegółów. Wydarzeń, owszem, nie brakuje, jednak wielokrotnie to były krótkie wzmianki, aby zaraz przejść do opisów uczuć i przemyśleń, które aż za bardzo zdominowały resztę.
Niemniej jednak po tej powieści jestem pozytywnie nastawiona do twórczości Kim Holden i może wreszcie sięgnę po Promyczka. O ile wypatrzę go na jakiejś półce. Nie do końca wiem, czego się spodziewać – tego samego co w O wiele więcej? Głębszej fabuły czy schematów z innych młodzieżówek? Muszę chyba jednak szybciej tę książkę przeczytać…

Życie rozkwita drugimi szansami.*

* Wszystkie cytaty pochodzą oczywiście z książki O wiele więcej Kim Holden.