Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2020. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2020. Pokaż wszystkie posty

17 kwietnia 2024

[DRAMA] "BECAUSE OF YOU" ZERO CHOU

Od dziś mój dom to także twój dom.

Yuan Jun Cheng, Because of you

Trochę w to nie wierzyłam, ale sprawdziłam i naprawdę dotychczas nie oglądałam nic z Tajwanu. Mam jednak na liście kilka dram z tego kraju – głównie są to adaptacje mang albo serie BL. Zaczęłam od Because of you, ponieważ słyszałam wiele pozytywnych opinii o tajwańskich historiach o gejach, w tym akurat o tej dramie. Skusiło mnie to, że jest krótka – zaledwie dziesięć piętnastominutowych odcinków – a do tego fabuła zapowiadała się interesująco.

Drama opowiada o trzech braciach – Chengu, Dao i Pingu, którzy należą do bogatej rodziny Yuanów. Nie są jednak zgranym rodzeństwem. Na ich relację negatywnie wpływa fakt, że są owocami romansów ojca (każdy z nich ma inną matkę), a także to, że każdy myśli tylko o sobie i swojej części spadku. Są też w różnym wieku, mają inne zainteresowania i poglądy. Łączy ich jedynie wspólny ojciec. Przełomowym wydarzeniem w ich życiu jest moment, kiedy do głowy rodu Yuanów dzwoni Lin Xun, syn najważniejszej kobiety w życiu starszego mężczyzny, która jednak go zostawiła. Czy to możliwe, że to jego dziecko? Zleca swoim pozostałym synom znalezienie chłopaka i sprowadzenie go do posiadłości. Obiecuje, że spełni życzenie tego z braci, który odnajdzie Lin Xuana. Chłopcy nie wydają się chętni, jednak okazuje się, że najstarszy z nich zdążył już poznać Lina Xuna.

Czy tylko mnie fabuła zainteresowała? Wyobrażałam sobie, że będą tutaj jakieś drobne potyczki między braćmi, może wyścig z czasem, kto pierwszy ten lepszy, a pomiędzy wpleciony romans. W tej mini dramie pojawią się trzy pary, jednak mogę zaakceptować jedynie związek najstarszego brata, ponieważ jest on najlepiej (a właściwie to w ogóle) rozwinięty. Ten wątek pojawia się we wszystkich odcinkach, kiedy zostają zepchnięte na dalszy plan. Nie byłoby to problemem, gdyby nie to, że poznajemy wszystkich braci, oglądamy jedną scenę z ich udziałem, a potem okazuje się, że już mają chłopów! W ogóle mnie to nie przekonało i końcówkę oglądałam z wyrazem niedowierzania na twarzy. Podobno ma powstać kontynuacja, ale nie ma nawet daty premiery, także nie nastawiałabym się.

W ogóle jeśli chodzi o rozwinięcie akcji i poszczególnych wątków, to nie wyszło to reżyserowi i scenarzyście najlepiej. Na początku poznajemy Yuan Jun Chenga, który właśnie wraca z Korei. Jako najstarszy syn jest potencjalnym spadkobiercą majątku ojca, dlatego zostaje napadnięty przez ludzi swojego wujka (który czai się na przejęcie udziałów w firmie). Ratuje go Lin Xun, który myśli, że jest on turystą. Mężczyźni na początku nie przypadają sobie do gustu, jednak wkrótce najstarszy syn zaczyna żywić do swojego wybawiciela nieznane uczucia, a kiedy okazuje się, że może być on jego bratem, trochę się miota i nie potrafi zrozumieć, co czuje. Jak łatwo się domyślić, jest to miłość, jednak jak to, przecież jest hetero! Trochę zajmuje mu zaakceptowanie tego wszystkiego. Nie jest to zbyt dobrze poprowadzony wątek, bo przede wszystkim jest okropnie okrojony i spłaszczony, a Lin Xun w sumie nie ma prawa głosu – ani w kwestii uczuć, ani w kwestii dołączenia do rodziny Yuanów.

O dwóch pozostałych parach ciężko mi coś powiedzieć. O ile Cheng jest stosunkowo normalna postacią – jego relacja z drugim mężczyzną nie jest idealna, ale gdzieś tam się rozwija – o tyle pozostali bracia i ich postepowanie jest dla mnie niezrozumiałe. Rozumiem, że ich partnerami są ich przyjaciele (lub kimś równie bliskim), jednak mam wrażenie, że w ciągu minuty Dao i Ping zrozumieli, że czują coś więcej do Xianga i Ronga. Też zachowują się wobec nich nie fair. Ogólnie uważam, że po części relacje wszystkich trzech są w pewnym stopniu toksyczne.

Nie lubię chińskich czy tajwańskich produkcji ze względu na język, ale tutaj poczułam emocje bohaterów. Gra aktorska jest bardzo przekonująca, szczególnie jeśli chodzi o Lee Shina Kanga, który gra Yuana Juna Chenga. Polubiłam go i każde jego wcielenie w tej krótkiej serii. Hsu Mu Ji, czyli Lin Xun, również mógł się wykazać i mu się to udało. Obojętni mi byli pozostali bohaterowie i ciężko mi ocenić, czy wiarygodnie odegrali swoje role. Na uwagę zasługuje tez piosenka z openingu – zdecydowani wzbudza we mnie emocje.

Także podsumowując: gdyby ta drama była dłuższa, zapewne oceniłabym ją lepiej. Chociaż nie jestem pewna, bo młodsi bracia mnie irytowali, a oglądałam dla Chenga i Xuna.

17 lutego 2024

[KSIĄŻKA] "WESELA NIE BĘDZIE" MAŁGORZATA STAROSTA

Edyta nie lubiła pożegnań, dlatego też ze wszystkich sił starała się ich unikać.

Wesela nie będzie Małgorzata Starosta

Z Małgorzatą Starostą spotkałam się w swoim życiu już nie raz. Czasami były to lepsze, czasami gorsze spotkania, ale pierwszy tom o pruskich babach okazał się bardzo ciekawą i wciągającą lekturą, dlatego bez wahania sięgnęłam po drugą część – Wesela nie będzie. Jest to bezpośrednia kontynuacja losów Edyty Prusko, która w swoim życiu trochę już przeszła. I tym razem autorka nie oszczędza bohaterki, a sam tytuł mówi, że  tutaj na pewno wydarzy się coś niesamowitego!

Edyta Prusko powoli staje na nogi – decyduje się na rozstanie z Rafałem i rozpoczęcie życia od nowa. Może uda jej się tym razem znaleźć szczęście? Planuje również wrócić w rodzinne strony, aby tam odzyskać spokój, jednak zanim to się stanie, wybiera się na Dolny Śląsk do Szklarskiej Poręby razem ze swoimi niezastąpionymi, wiernymi przyjaciółkami. Wydawałoby się, że jest to świetny pomysł na to, aby zapomnieć o ostatnich wydarzeniach, ale nie w przypadku Edyty. Problemy pojawiają się już na samym początku – jedna z koleżanek, Andzia, nie pojawia się na peronie, a zamiast niej Edyta w pociągu spotyka swoją ukochaną teściową, Adaminę Lukrecję Surym. Wydawać by się mogło, że gorzej być nie może, ale jednak – kobieta po raz kolejny znajduje się w centrum kryminalnej intrygi.

W trylogii Pruskie baby bardzo podoba mi się to, z jaką zręcznością Małgorzata Starosta łączy elementy obyczajowe i komediowe z wątkiem zaginięcia i morderstwa. Wszystko pięknie się uzupełnia, a czytelnik może jednocześnie próbować rozwiązać zagadkę kryminalną, ale też lepiej poznać główną parę bohaterów – Edytę i komisarza Bączka – oraz ich bliskich. Fabuła okraszona jest wspaniałymi wspomnieniami z przeszłości, które sprawiają, że lektura jest jeszcze ciekawsza. Bardzo polubiłam całą paczkę przyjaciółek, które mimo tego, że są całkowicie różne, mają własne problemy, dogadują się bez problemu i są gotowe zrobić dla siebie wszystko. Z uśmiechem słuchałam ich rozmów, a dzięki świetnej lektorce, Annie Ryźlak, jeszcze bardziej poczułam ten klimat.

Autorka porusza w tym tomie problem relacji – przyjacielskich, rodzinnych i miłosnych. Edyta Prusko w tym tomie wiele przechodzi. Doświadcza zdrady, niezrozumienia i rozczarowania, lecz także otrzymuje ciepło i miłość. Nie jest sama, bo chociaż z Rafałem to już koniec, ma po swojej stronie innych bliskich.

Książka napisana jest ładną, lekką polszczyzną, dzięki czemu czyta się ją z przyjemnością. Mimo trudnej tematyki, można się podczas lektury zrelaksować i odpocząć, bo humoru nie brakuje. Zarówno wydarzenia, jak i sposób wypowiedzi bohaterów, potrafią ubawić do łez.

Nie wiem dlaczego, ale bardzo ciężko recenzuje mi się powieści Małgorzaty Starosty – czuję, że chcę powiedzieć wiele, ale tak naprawdę nie potrafię ubrać tego w słowa. Niemniej jednak polecam gorąco tę kontynuację, a także finał historii – Kwestię czasu (mam już za sobą).

18 stycznia 2024

[KSIĄŻKA] "ZIMOWE SERCA" ANNA WOLF

 Przeszłości nie da się zmienić, ona nas kształtuje, ale nie definiuje.

Zimowe serca Anna Wolf

 

Ostatnio zrobiło się dość zimowo, więc i ja postanowiłam przeczytać coś w tych klimatach. Początkowo moja aplikacja podpowiadała mi, że na pewno spodoba się Serce gangstera tej samej autorki, ale nie przekują mnie historie skupione na seksie, więc szukałam dalej. I tak skończyłam, wsłuchując się w historię o jakże klimatycznym tytule – Zimowe serca.

Sama historia wydaje się banalna – ot, świąteczna miłość – ale wcale taka nie jest. W książce jest naprawdę dużo wątków. Opowieść skupia się na Ericku, dorosłym mężczyźnie, który niestety część życia sobie zepsuł, zadając się z nieodpowiednimi ludźmi, przez co trochę czasu spędził w więzieniu (w sumie, jak tak teraz myślę, to zaledwie kilka miesięcy), oraz o Tarze, matce dwóch córek, która wiele lat spędziła w toksycznym związku z mężczyzną, który nie miał do niej ani trochę szacunku. Ich pierwsze spotkanie nie było zbyt udane. Pewnego zimowego dnia Erick ma wypadek, a jego samochód wpada do rzeki. Ratuje go Tara, która akurat tamtędy przejeżdża i dzwoni do odpowiednich służb. Niestety, nie zdążyli się wtedy nawet poznać! Ich kolejne spotkanie ma miejsce mniej więcej rok później, po raz kolejny w okolicach Bożego Narodzenia.

I to jest ten moment, kiedy nie wiem, co właściwie chciałabym powiedzieć. Nie jestem do końca przekonana do tej książki, chociaż nie nastawiałam się na nic konkretnego. Tak naprawdę myślałam, że będzie to delikatna, pełna uczuć i napięcia historia o ludziach, którzy szukają szczęścia i miejsca, gdzie czuliby się dobrze. Po części tak było, ponieważ Tara i Erick nie zapałali do siebie miłością od razu. Jasne, zwrócili na siebie uwagę, ale o ile mężczyźnie łatwo przychodziło powiedzenie – lubię ją! – o tym Tara opierała się nieco dłużej. Jednak koniec końców wystarczyło kilka dni, aby się w sobie zakochali i zaczęli rozwijać ich relację.

Tyle że cały czas mieli pod górkę. Cały czas przeszkadzał im w tym były mąż Tary, który nie mógł zaakceptować, że kobiet mu się postawiła, a także wielokrotnie odzywała się przeszłość Ericka. W pewnym momencie miałam wrażenie, że to jakaś odmiana Oszukać przeznaczenie – tak wiele nieszczęść ich dotknęło. Myślę, że autorka za bardzo skupiła się na utrudnianiu życia głównej parze, zamiast starać się rozwinąć ich relację. Szacunek jednak za to, że tą książką udowadnia, że każdy ma prawo do szczęścia i nie należy oceniać człowieka po wyglądzie i błędach, które popełnił.

Język był bardzo łatwy, prosty i niezbyt wyszukany, dzięki czemu lektura była przyjemna, relaksująca, pozwalająca się oderwać od rzeczywistości. Poczułam świąteczny klimat, wyobraziłam sobie pełno śniegu dookoła, zaśnieżone ulice, pokryte lodem rzeczy i śnieżynki spadające z nieba. Chociaż już po świętach, zapragnęłam ponownie ubrać choinkę i obdarować najbliższych prezentami. Chwilami jednak z tego pięknego wyobrażenia wyrywało mnie słowo kurwa, używane zbyt często, czasami nieadekwatnie do sytuacji. Być może jestem zbyt wrażliwa, inaczej reaguję, mniej rzeczy wyprowadza mnie z równowagi, ale to, jak często Erick przeklina, przeszkadzało mi. Niezbyt trafne było też używanie określenia blondynka przy opisywaniu Tary. Zamiast mówić kobieta czy matka, narrator posługiwał się słowem blondynka. Może czasami rzeczywiście pozwalało to uniknąć powtórzenia, jednak wielokrotnie po prostu przykuwało uwagę niczym błąd. Irytowało mnie także, jak dorosły, ponad trzydziestoletni facet mówi do kobiety Karmelku… Dostawałam dreszczy.

Jeśli chodzi o samą jakość nagrania, to odniosłam wrażenie, że jest trochę niestaranne. Lektorka jest jak najbardziej w porządku, ale w trakcie słuchania wielokrotnie słyszałam ucięte słowo czy dźwięk pitej wody. Mam wrażenie, że tak nie powinno być – przynajmniej część wysłuchanych przeze mnie audiobooków była pozbawiona tych elementów.

Myślę, że jest to całkiem w porządku książka, jednak raczej po prostu do przeczytania.

15 grudnia 2023

[KSIĄŻKA] "WŁADCY CZASU" EVA GARCÍA SÁENZ DE URTURI

 Neurolodzy twierdzą, że kiedy rozwiążesz jakąś zagadkę, w twoim mózgu wydziela się duża ilość dopaminy, która poprawia ci humor. Ja byłem uzależniony od tych momentów olśnienia.

Władcy czasu Eva García Sáenz de Urturi

 

Znakomite zakończenie Trylogii białego miasta. Te przenikające się światy… Jestem wręcz oczarowana. Nie da się opisać, jak bardzo zaangażowałam się w lekturę. Myślę, że autorka nie mogła tego wymyślić lepiej. Eva García Sáenz de Urturi zdecydowanie potrafi zaskoczyć.

Władcy czasu to bardzo klimatyczna opowieść, która pokazuje nam nie tylko współczesną Victorię (z jej wszystkimi tajemnicami i zakamarkami) i jej mieszkańców, lecz także ten średniowieczny gród, z którego wywodzą się ważni dla historii miasta ludzie. Tło historyczne zbudowane jest bardzo pieczołowicie i, mimo że nie wiem zbyt dużo o historii Hiszpanii, byłam sobie w stanie wyobrazić, jak wyglądało życie w grodzie i z jakimi problemami musieli się mierzyć mieszkańcy. To, jak pięknie opisana jest Victoria i okolice, sprawia, że aż ma się ochotę tam pojechać i na własnej skórze wszystko poczuć.

W tym tomie, tak jak i w poprzednich, poznajemy losy bohaterów z różnych czasów – tym razem naprawdę odległych. Głównym bohaterem wciąż pozostaje Unai Lopez de Alaya, znany pod pseudonimem Kraken, który prowadzi kolejne śledztwo – tym razem jednak chodzi o porwanie dwóch sióstr, a nie morderstwo. Przynajmniej do pewnego momentu, bo wkrótce zaczynają sypać się trupy. Jednakże brak tu jakiejkolwiek logiki czy powiązań, więc śledztwo przez długi czas stoi w miejscu. Jak się jednak wkrótce okazuje, tym, co te morderstwa łączy, jest pewna książka, która opowiada historię sprzed lat… I tutaj pojawia się drugi wątek, czyli historia hrabiego Diaga Veli, który powraca do swojego grodu po trudnej misji pod koniec XI wieku. Są to czasy niespokojne, a to, co zastaje w mieście, wcale nie mu się nie podoba. Wkrótce sytuacja pogarsza się jeszcze bardziej, a życie staje się jeszcze trudniejsze.

Autorka zgrabnie prowadzi dwie linie fabularne, które bez przerwy się przenikają, ani nigdy całkowicie nie łączą i nie mieszają. To naprawdę wymaga wiele wysiłku! Pisarka dawkuje nam informacje, abyśmy tak szybko nie rozwikłali kryminalnej zagadki, a czasami wręcz nas zwodzi. Słyszałam wiele zarzutów dotyczących rozstrzału czasowego – prawie tysiąc lat! – jednak mnie w ogóle to nie przeszkadzało. Język pisarki jest niezwykle zgrabny, niezbyt skomplikowany, ale oddający klimat i emocje. To, że mogłam poznawać dwie historie, które miały kilka punktów stycznych, jednak w większości nie pokrywały się ze sobą, rozbudziło moją wyobraźnię.

Uwielbiam serię o Krakenie i jest mi niezmiernie przykro, że to koniec. Trzeba jednak przyznać, że wszystkie wątki zostały zamknięte. Unai i Alba podjęli bardzo ważne dla siebie, swojego związku i swoje dziecka decyzje, które zaskakują – raczej niewielu bohaterów kryminałów postępuje w ten sam sposób – jednak pokazują one, co było dla bohaterów ważne i podkreślają ich ludzką stronę. Szkoda mi tylko niektórych postaci i tego, jak zakończyła się ich historia – ale świadczy to o tym, że zostały one przedstawione w bardzo ludzki sposób i można je było polubić.

Według mnie to jedna z najlepszych serii kryminalnych i zastanawiam się, czy kiedyś jakakolwiek jej dorówna pod względem klimatu i zagadkowości. Widać, że autorka ma dużą wiedzę lub też porządnie przygotowała się przed pisaniem, bo brakuje tutaj tych samych schematów co w innych kryminałach, a każdy zły bohater ma swoje pobudki i motywacje.

1 listopada 2023

[FILM] "LIFE: SENJOU NO BOKURA: DIRECTORS CUT" NINOMIYA TAKASHI

Normalne, normalne, normalne! Co, do diabła, jest normalne?!

Akira, Life: Senjou no Bokura: Directors Cut

W chwili, gdy to piszę, czuję się naprawdę stara. W przeciwieństwie do współczesnych młodych ja zaczynałam swoją przygodę z Azją właśnie od japońskich produkcji – anime, mang, filmów i dram o różnej tematyce. Do dzisiaj lubię oglądać filmy czy dramy z Japonii, chociaż o dobrą historię trudno. Wprawdzie od dłuższego czasu stroniłam od tematyki BL, ale kiedy przypadkiem natknęłam się na Life: Senjou no Bokura: Director’s Cut, zapragnęłam do tego powrócić.

Trochę obawiałam się, że będzie to kolejna naiwna historia, w której zabraknie logiki, a bohaterowie będą zachowywać się infantylnie. I rzeczywiście początek może nie do końca do mnie przemówił. O ile bohaterów polubiłam od początku – coś w sobie mieli, naprawdę, chociaż Yuuki nie grzeszył mądrością i dojrzałością i chwilami rzeczywiście mnie irytował – o tyle ich pierwsze spotkanie niezbyt do mnie przemówiło. Akira i Yuuki mają, jeśli się nie mylę, siedemnaście lat. SIEDEMNAŚCIE. Byli niemal pełnoletni, kiedy przypadkiem na siebie wpadli, ale ich zachowanie pasuje raczej do dziesięciolatków. Dlaczego? Już tłumaczę.

Akira i Yuuki to chłopcy, którzy niezbyt odnajdują się w codzienności. Akira wydaje się znudzony (nawet można by się zastanawiać, czy nie jest zbyt dojrzały!), Yuuki natomiast żyje w swoim świecie (świadczy o tym nawet wygląd, który niezaprzeczalnie pasuje do osoby z duszą artysty). Tym, co ich łączy, jest to, że w drodze do domu idą po linii (co jeszcze nie dziwi, kto tak nie robi!). Pewnego dnia wpadają na siebie i nie wiedzą, co zrobić, aby żaden z nich nie spadł z wyimaginowanej drogi (w ich wyobraźni wszystko, co jest poza nią, stanowi zagrożenie). I tutaj zaczynają się schody, bo prawie dorośli chłopcy z nieśmiałością, trochę jak małe dzieci, łapią się za ręce czy w pasie, aby… obrócić się i minąć na linie. Ale to było sztuczne! Zupełnie nic do siebie nie czuli, chyba nawet nie byli świadomi, że mogą być homoseksualni, a zachowywali się, jakby dotknięcie drugiego chłopaka było czymś nienaturalnym.

Na szczęście bardzo szybko wychodzimy ze schematu „robimy dziwne rzeczy, chociaż nic do siebie nie czujemy” i twórcy zaoferowali nam uroczą, szczerą, dość prostolinijną historię o miłości między mężczyznami. Tym, co na pewno wyróżnia tę historię na tle innych, jest to, że ukazuje ona cały proces dojrzewania Akiry i Yuukiego. Poznajemy ich plany i pragnienia, a także razem z nimi zderzamy się ze ścianą. Oglądamy ich wzloty i upadki. Twórcy prezentują nam nie tylko szczęśliwe momenty. Nie jest tak, że życie mężczyzn to sielanka. Dodatkowym plusem jest brak schematów – nie było tutaj żadnej dziewczyny, która za wszelką cenę próbowałaby zdobyć jednego z chłopaków, ani pełnych dramatyzmu scen, gdy zostają prawie nakryci. Oczywiście to wszystko jest gdzieś w tle, bo to wciąż aktualne problemy, ale nie wysuwa się na pierwszy plan i nie przeszkadza w ukazaniu rozwijającego się uczucia.

Najpiękniejsza część tego filmu, to ukazanie, jak chłopaki zmieniają się na przełomie lat (tak, historia ukazuje nie tylko ich młodość). Jesteśmy świadkami zmian, jakie w nich zachodzą, i tego, jak społeczeństwo i wszechobecna presja wpływają na ich decyzje. Świetnie ukazano Akirę i jego emocje, które towarzyszyły mu w związku. Jemu i nie tylko – są to uczucia, których doznają wszyscy, którzy są w związku.

Jak się możecie domyślać, w ten sposób ponownie zaczęłam swoją przygodę z azjatyckimi produkcjami o gejach. Na pewno przede mną wiele dobrych filmów i seriali – to już nie te czasy, kiedy o dobrą, a nawet odważyłabym się powiedzieć jakąkolwiek, historię było trudno. Gorąco polecam ten film tym, którzy szukają czegoś prawdziwego, ale też smutnego – nadal życie gejów nie jest takie łatwe.

Ach tak! Zapomniałam dodać, że film ten powstał na podstawie mangi o tym samym tytule.